Wiedziałem, że mam zaległości w pisaniu ale dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, że .... osz.... rosół kipi......lecę.....
...no i wykipiał ... a zawsze wydawało mi się, że mam podzielną uwagę. Jak widać gotowanie w połączeniu z pisaniem bloga to jest coś do czego mój intelekt nie przywykł :) Strat na szczęście dużo nie było i już nawet nie ma śladu :)
Kończąc jednak wątek pisania, to trudno mi uwierzyć, że jutro mijają 3 tygodnie od zabiegu a ja nie napisałem nic od 5 dni. Po pierwsze wszedłem już w inny poziom codziennych aktywności i głowa była zajęta tym, czym od dwóch tygodni nie musiała się zajmować, po drugie nie za bardzo było o czym pisać. Żadnych spektakularnych i dramatycznych zwrotów akcji, więc pomyślałem, że dla wielbicieli ostrych wrażeń zawieje nudą.
Dzisiaj też nic wielkiego nie zdradzę, ale może skumulowane pięciodniowe doświadczenia będą bardziej strawne. A więc tak:
jak wynika z powyższego mam coraz mniej ograniczeń ruchowych i przemieszczam się zasadniczo bez przeszkód i wielkich dolegliwości. Muszę jednak nadmienić, że pomimo zwiększania tempa marszu, to jest jednak cały czas marsz i to jeszcze ostrożny. W chwili wkroczenia na bardziej nierównomierne podłoże od razu zapala się lampka i mocno się pilnuj żeby krzywda się nie zadziała. Do kipiącego rosołu zerwałem się dosyć sprawnie, ale jakbym musiał podbiec, to jeszcze chyba nie byłby ten moment :)
Chłodzę stopy raz dziennie pod koniec dnia i wsmarowuję w okolice kostek i pięt voltaren. Wraz ze wzrostem aktywności mięśnie i tkanki dostają w kość. Nie moge narzekac na ból, bo to raczej lekki dyskomfort niż coś poważnego, ale wieczorem zakwasy mam niezłe a stopy (głównie właśnie kostki i wew. strony pięt) zesztywniałe i po prostu zmęczone. Taka wieczorna terapia daje im dobry odpoczynek w nocy.
Rano potrzebuję już naprawdę niewiele czasu, żeby się rozruszać więc jest coraz lepiej. Ostatnie dwa dni były w sumie mocno intensywne - dużo chodzenia, siedzenia i mało wylegiwania się w relaksie a mimo to nie czułem żadnych znaczących dolegliwości.
Fizjoterapia idzie nam całkiem nieźle. Sporo masażu i rozciągania, które mogę też już wykonywać w domu. Ostatnio dużo też chodziłem po równoważni, gdzie krok po kroku muszę utrzymywać równowagę i dobrze balansować stopą. Przytrzymywałem się na początku relingu ale po kilku minutach nabrałem już większej wprawy i odwagi.
Okazuje się, że chodząc "zawijam stopę". Oznacza to tyle, że stapając przenoszę ciężar ciała od pięty, przez zewnętrzną część stopy i dalej "łukiem" od małego palca aż po palucha. Nie jest to rzeczywiście naturalne chodzenie, ale widać tak stopie jeszcze łatwiej ale i z tym na fizjoterapii walczymy.
Dokładnie za tydzień zdjęcie stóp i mam nadzieje błogosławieństwo dla większego wysiłku i ćwiczeń.
Acha... wczoraj też zaliczyłem spore schody. 3 piętra wysokiej kamienicy. Do góry powoli bez problemu, ale schodzenie i zginanie przy tym stóp już do frajdy nie należały. Ćwiczę więc dalej a póki co uciekam pilnować rosołu i wyjąć pranie.... nie ma lekko... okres ochronny minął. Teraz do roboty! :)
Moje własne doświadczenia z zastosowaniem na sobie implantu HyProCure do wyleczenia mojego płaskostopia, jako lektura dla tych z Państwa, którzy nad taką metodą się zastanawiają a nie mają skąd zaczerpnąć wiedzy "z pola walki" :)
środa, 26 października 2011
piątek, 21 października 2011
Dzień 15 - pierwszy dzień fizjoterapii
Pani Renatka na szczęście okazała się osoba wyczuloną na ludzkie nieszczęście i była łaskawa na pierwszej wizycie :) Masaż i proste ćwiczenia mają mnie ponownie doprowadzić do pełnej aktywności. Ponieważ już się trochę znamy (chodziłem na fizjoterapię przed zabiegiem) to też wiem, że pobłażania z wizyty na wizytę będzie coraz mniej a w najbardziej krytycznych momentach zostanie mi bez skrupułów wskazana wisząca na ścianie groźnie brzmiąca kartka o treści "zakaz narzekania" :)
Mam teraz inne "zmartwienie". Pomimo tego, że Pan doktor powiedział, że chodzenie ze stopami skierowanymi do wewnątrz to na początku będzie coś normalnego to Pani Renatka uznała, że "na początku" już się skończyło i teraz mam zwracać uwagę, żeby stopy podczas chodzenia stawiać równolegle. No więc wyjścia nie ma, cały dzień prawie spacerowałem z nosem w podłodze i upewniałem się, że są równolegle :)
Dzień minął dosyć aktywnie. Pierwszy raz nawet skoczyłem do centrum handlowego bo już od jakiegoś czasu wzięło mnie na klapki "crocksy". W sumie odważyłem sie tylko dlatego, że z garażu podziemnego praktycznie do samego sklepu mogłem pojechać windą. Kupiłem ... pomarańczowe :) Magda się tylko upewniała, czy napewno będę w takim kolorze chodził.. ale ja jej udowodnię, że tak hehe. Przecież trzeba wprowadzać w życie trochę radości, tym bardziej że za oknem jakoś tak jesiennie iszaro.
Wieczorem trzeba było się wybrać na zakupy no więc dla ułatwienia wybraliśmy Carrefour - tak żeby było mniej chodzenia :) Dałem radę. Trochę już pod koniec się zmęczyłem tym bardziej, że musieliśmy narzucić szybsze tempo chodzenia, bo było zaraz przez zamknięciem. W sumie duży sukces. Aaa... zapomniałem dodać: chłodziłem stopy już tylko 2 razy w ciągu dnia. Nie było potrzeby więcej.
Mam teraz inne "zmartwienie". Pomimo tego, że Pan doktor powiedział, że chodzenie ze stopami skierowanymi do wewnątrz to na początku będzie coś normalnego to Pani Renatka uznała, że "na początku" już się skończyło i teraz mam zwracać uwagę, żeby stopy podczas chodzenia stawiać równolegle. No więc wyjścia nie ma, cały dzień prawie spacerowałem z nosem w podłodze i upewniałem się, że są równolegle :)
Dzień minął dosyć aktywnie. Pierwszy raz nawet skoczyłem do centrum handlowego bo już od jakiegoś czasu wzięło mnie na klapki "crocksy". W sumie odważyłem sie tylko dlatego, że z garażu podziemnego praktycznie do samego sklepu mogłem pojechać windą. Kupiłem ... pomarańczowe :) Magda się tylko upewniała, czy napewno będę w takim kolorze chodził.. ale ja jej udowodnię, że tak hehe. Przecież trzeba wprowadzać w życie trochę radości, tym bardziej że za oknem jakoś tak jesiennie iszaro.
Wieczorem trzeba było się wybrać na zakupy no więc dla ułatwienia wybraliśmy Carrefour - tak żeby było mniej chodzenia :) Dałem radę. Trochę już pod koniec się zmęczyłem tym bardziej, że musieliśmy narzucić szybsze tempo chodzenia, bo było zaraz przez zamknięciem. W sumie duży sukces. Aaa... zapomniałem dodać: chłodziłem stopy już tylko 2 razy w ciągu dnia. Nie było potrzeby więcej.
czwartek, 20 października 2011
Dzień 14 - czyli minęły właśnie 2 tygodnie!
Pomimo tego, że pierwszy tydzień był zdecydowanie wolniejszy od drugiego muszę przyznać, że okres od zabiegu do dziś minął jak z bicza trzasnął.
Dzisiaj spędziłem najbardziej intensywny, samodzielny i bezstresowy dzień od 2 tygodni. Od rana w pracy biegając pomiędzy spotkaniami. Przemieszczałem się powoli ale w sumie byłem na nogach przez sporą część przedpołudnia odwiedzając bez przeszkód i dolegliwości wszystkie prawie zakątki biura. Wróciłem do domu koło 15 (bo przecież trzeba o siebie jednak cały czas dbać :)) zahaczając o cukiernie bo dzisiaj Magdy mamy imieniny więc nie można było pójść na kawkę z gołymi rękami. Na złość nie mogłem zaparkować blisko więc czekał mnie dodatkowy spacer, ale ten nie przysporzył mi kłopotów. No właśnie... od dzisiaj jeżdżę samochodem i jest super! Na wszelki wypadek, nauczony wcześniejszymi doświadczeniami, nie sznuruję butów podczas jazdy i upewniam się, że nic mnie nie będzie uwierać.
Trzeba przyznać, że od 2 tygodni był to dzień w sumie najbardziej wyczerpujący tak więc po dostarczeniu tortu do lodówki nie mogłem sobie odmówić drzemki :) Wieczór trochę mnie zmordował, założyłem inne buty, które są trochę wyższe od moich dyżurnych pooperacyjnych i niestety trochę mnie zaczęły uwierać w zewnętrzną kostkę.
Teraz więc siedzę na kanapie i się chłodzę... ale muszę się pochwalić, że to tylko drugi raz dzisiejszego dnia.
Ja wiem, że samo sformułowanie "uwierać z zewnętrzną kostkę" nie robi normalnie na nikim wrażenia ale my z platfusem wiemy, że mając płaskostopie normalnie jest to raczej niewykonalne. Zgięcie pięty do wewnątrz jest tak duże, że zewnętrzna kostka "ucieka". Tak więc zauważam tylko tę chwilową dolegliwość ale absolutnie na nią nie narzekam. Przecież o to chodziło :)
Jutro fizjoterapia - 8 rano, 30 kilometórw od domu. To chyba nie był najlepszy pomysł :) Do usłyszenia...
Dzisiaj spędziłem najbardziej intensywny, samodzielny i bezstresowy dzień od 2 tygodni. Od rana w pracy biegając pomiędzy spotkaniami. Przemieszczałem się powoli ale w sumie byłem na nogach przez sporą część przedpołudnia odwiedzając bez przeszkód i dolegliwości wszystkie prawie zakątki biura. Wróciłem do domu koło 15 (bo przecież trzeba o siebie jednak cały czas dbać :)) zahaczając o cukiernie bo dzisiaj Magdy mamy imieniny więc nie można było pójść na kawkę z gołymi rękami. Na złość nie mogłem zaparkować blisko więc czekał mnie dodatkowy spacer, ale ten nie przysporzył mi kłopotów. No właśnie... od dzisiaj jeżdżę samochodem i jest super! Na wszelki wypadek, nauczony wcześniejszymi doświadczeniami, nie sznuruję butów podczas jazdy i upewniam się, że nic mnie nie będzie uwierać.
Trzeba przyznać, że od 2 tygodni był to dzień w sumie najbardziej wyczerpujący tak więc po dostarczeniu tortu do lodówki nie mogłem sobie odmówić drzemki :) Wieczór trochę mnie zmordował, założyłem inne buty, które są trochę wyższe od moich dyżurnych pooperacyjnych i niestety trochę mnie zaczęły uwierać w zewnętrzną kostkę.
Teraz więc siedzę na kanapie i się chłodzę... ale muszę się pochwalić, że to tylko drugi raz dzisiejszego dnia.
Ja wiem, że samo sformułowanie "uwierać z zewnętrzną kostkę" nie robi normalnie na nikim wrażenia ale my z platfusem wiemy, że mając płaskostopie normalnie jest to raczej niewykonalne. Zgięcie pięty do wewnątrz jest tak duże, że zewnętrzna kostka "ucieka". Tak więc zauważam tylko tę chwilową dolegliwość ale absolutnie na nią nie narzekam. Przecież o to chodziło :)
Jutro fizjoterapia - 8 rano, 30 kilometórw od domu. To chyba nie był najlepszy pomysł :) Do usłyszenia...
środa, 19 października 2011
Dzień 13 - zdejmujemy szwy!
Ranek należał to tych z gatunku "nie ma ludzkiej siły, która mnie z łóżka dziś wyciągnie". Można było ponarzekać do woli. Rzeczywistość jednaka była bardziej brutalna i ludzką siłą okazałą się moja Magda, która zabroniła jeździć jeszcze samochodem (wg. niej - być może słusznie - moje weekendowe wypady były przyczyną poniedziałkowego spadku formy)i ofiarnie zaproponowała, że zawiezie mnie na umówione poranne spotkanie w centrum. Chcąc nie chcąc trzeba było się ludzkiej siły słuchać i na wpół śpiący wpakować się do samochodu. Ten dzień to też super duże wydarzenia, bo na kilka ładnych godzin wybrałem się pierwszy raz bez moich drugich nóg. Kule zostały w domu!
Jednym z argumentów było moje ostatnie spotkanie z lekarzem, który już 4 dni po zabiegu zbeształ mnie za to, że nie jestem samodzielny. No cóż.. nie ma to jak wpłynąć na faceta :)
Zdjęcie szwów zajęło na 5 minut. Nie lubię tych klimatów, ale obyło się bez krwi, bólu, rozpaczy i histerii :) Umówmy się, jak widzieliście na zdjeciu, te szwy do groźnych nie należały.
No więc, pan doktor zalecił chłodzenie już mniej regularnie. Zasadniczo tylko w przypadku kiedy będę czuł opuchliznę i potrzebę. Na 24 godziny mam na rany założone jeszcze małe plasterki (coś na modłę takich jakie używa się w chirurgii plastycznej) i lekki wodoodporny opatrunek. Od jutrzejszego wieczora mam jednak już pozbyć się wszystkiego i bez skrupułów myć się, brać prysznic i moczyć. Super :)
Od piątku zaczynam fizjoterapię z Panią Renatką, która dzisiaj już podziwiała efekty zabiegu. Pan lekarz potwierdził, że o ile podstawowe dolegliwości miną szybko i powrót do pełnej sprawności to około 6 tygodni od zabiegu to pełna rekonstrukcja stop może potrwać nawet do roku... cóź mogę powiedzieć... miałem platfusa przez wiele lat, po 2 tygodniach widzę i czuję super zmianę więc sobie spokojnie ten rok zaczekam :)
Oczywiście efekt estetyczny jest dla mnie jakimś tam efektem ubocznym. Czy łuk będzie bardziej, czy mniej wysklepiony to raczej sprawa drugorzędna. Najważniejsze, że układ kostny będzie prawidłowy i nie będzie dochodziło do jego degeneracji... przynajmniej nie przez płaskostopie :)
Już dzisiaj czuję, że zupełnie inaczej rozkłada mi się ciężar na stopy niż sprzed operacji. Przedtem bardzo duży nacisk czułem w okolicach wewnętrznej kostki. Teraz mam całkiem nowe odczucia - nacisk rozkłada się na piętę, zewnętrzną część stopy i palce.
Aa.. zapomniałem dodać, że Pan doktor cały czas rekomenduje chodzenia nawet po domu w moich adidaskach. Zdecydowanie daje to lepszą stabilizację stopie niż chodzenie na bosaka lub w kapciach.
Jednym z argumentów było moje ostatnie spotkanie z lekarzem, który już 4 dni po zabiegu zbeształ mnie za to, że nie jestem samodzielny. No cóż.. nie ma to jak wpłynąć na faceta :)
Zdjęcie szwów zajęło na 5 minut. Nie lubię tych klimatów, ale obyło się bez krwi, bólu, rozpaczy i histerii :) Umówmy się, jak widzieliście na zdjeciu, te szwy do groźnych nie należały.
No więc, pan doktor zalecił chłodzenie już mniej regularnie. Zasadniczo tylko w przypadku kiedy będę czuł opuchliznę i potrzebę. Na 24 godziny mam na rany założone jeszcze małe plasterki (coś na modłę takich jakie używa się w chirurgii plastycznej) i lekki wodoodporny opatrunek. Od jutrzejszego wieczora mam jednak już pozbyć się wszystkiego i bez skrupułów myć się, brać prysznic i moczyć. Super :)
Od piątku zaczynam fizjoterapię z Panią Renatką, która dzisiaj już podziwiała efekty zabiegu. Pan lekarz potwierdził, że o ile podstawowe dolegliwości miną szybko i powrót do pełnej sprawności to około 6 tygodni od zabiegu to pełna rekonstrukcja stop może potrwać nawet do roku... cóź mogę powiedzieć... miałem platfusa przez wiele lat, po 2 tygodniach widzę i czuję super zmianę więc sobie spokojnie ten rok zaczekam :)
Oczywiście efekt estetyczny jest dla mnie jakimś tam efektem ubocznym. Czy łuk będzie bardziej, czy mniej wysklepiony to raczej sprawa drugorzędna. Najważniejsze, że układ kostny będzie prawidłowy i nie będzie dochodziło do jego degeneracji... przynajmniej nie przez płaskostopie :)
Już dzisiaj czuję, że zupełnie inaczej rozkłada mi się ciężar na stopy niż sprzed operacji. Przedtem bardzo duży nacisk czułem w okolicach wewnętrznej kostki. Teraz mam całkiem nowe odczucia - nacisk rozkłada się na piętę, zewnętrzną część stopy i palce.
Aa.. zapomniałem dodać, że Pan doktor cały czas rekomenduje chodzenia nawet po domu w moich adidaskach. Zdecydowanie daje to lepszą stabilizację stopie niż chodzenie na bosaka lub w kapciach.
Dzien 12
Dzisiaj po wczorajszych rozterkach nastąpił dzień przełomowy! Może to i ciśnienie albo piękna pogoda albo i jedno i drugie, ale dzień minął pod hasłem dużej energii.
Nogi nie bolały w ogóle, co prawa wyszedłem z domu dopiero wieczorem ale dzień spędziłem aktywnie sporo chodząc i to bez kul. Wieczorem co prawda zabrałem je chyba już z przyzwyczajenia ale też dlatego, że musiałem wyjść na 3 piętro wysokiej kamienicy i czułem, że taka asekuracja może mi się przydać.
To że nogi nie bolały w ogóle to nic. Najważniejsze jest to, że podczas całego dnia praktycznie zapomniałem, że jestem po zabiegu! Super uczucie. Na dodatek w lustrze zobaczyłem, że udaje mi się spacerować już dosyć naturalnie. Powoli "odpuszczam" i nie spinam mięśni "na wszelki wypadek".
Wieczorem, i to już idąc do łóżkam jakoś tak stanąłem niefortunnie że zabolało mocniej niż zwykle. Zrobiłem nadprogramowe chłodzenie na wszelki wypadek, nasmarowałem reparilem i poszedłem spać z nadzieją, że wszystko będzie dobrze :)
Cały czas uważam jak chodzę i robię to ostrożnie (zapewne uspokoję się całkowicie po pozytywnych zdjęciach na 2 tygodnie) ale w dnia na dzień mam coraz więcej odwagi.
Nogi nie bolały w ogóle, co prawa wyszedłem z domu dopiero wieczorem ale dzień spędziłem aktywnie sporo chodząc i to bez kul. Wieczorem co prawda zabrałem je chyba już z przyzwyczajenia ale też dlatego, że musiałem wyjść na 3 piętro wysokiej kamienicy i czułem, że taka asekuracja może mi się przydać.
To że nogi nie bolały w ogóle to nic. Najważniejsze jest to, że podczas całego dnia praktycznie zapomniałem, że jestem po zabiegu! Super uczucie. Na dodatek w lustrze zobaczyłem, że udaje mi się spacerować już dosyć naturalnie. Powoli "odpuszczam" i nie spinam mięśni "na wszelki wypadek".
Wieczorem, i to już idąc do łóżkam jakoś tak stanąłem niefortunnie że zabolało mocniej niż zwykle. Zrobiłem nadprogramowe chłodzenie na wszelki wypadek, nasmarowałem reparilem i poszedłem spać z nadzieją, że wszystko będzie dobrze :)
Cały czas uważam jak chodzę i robię to ostrożnie (zapewne uspokoję się całkowicie po pozytywnych zdjęciach na 2 tygodnie) ale w dnia na dzień mam coraz więcej odwagi.
poniedziałek, 17 października 2011
Dzień 11
Dzisiejszy dzień mija pod hasłem "lekko napuchnięte kostki i zakwasy". Wyglada na to, że moje weekendowe spacery, ale zapewne też kolejny etap dochodzenia do siebie, wygenerowały kolejne zmiany czyli opuchliznę. Nie jest to jakoś wyjątkowo uciążliwe i na dodatek nic nie boli więc po prostu chłodzę stopy często i dzisiaj nie chodzę aż tak dużo jak ostatnimi dniami. Hmm... choć dreptanie w kuchni przy gotowaniu zupy pewno pochłonęło ładne kilkaset kroków :)
Generalnie chodzę coraz bardziej sprawnie i dzisiaj nie złapałem za kulę ani raz. Dziwne to chodzenie póki co, ale czuję, że z dnia na dzien sprawia mi ono coraz mniej wysiłku i też coraz mniej się "spinam" i niepotrzebnie asekuruję.
Nie mogę się doczekać 2 listopada, kiedy to umówiony jestem na wizytę kontrolną i zdjęcia roentgenowskie. Jeśli wszystko będzie ok, to dam sobie trochę więcej do wiwatu i przestanę się obawiać o przesunięcie implantu.
Wcześniej dużą datą jest środa (to już pojutrze) i najbliższy piątek. W środę bowiem zdejmujemy szwy a piątek rozpoczynam fizjoterapię. Super :)
Krótki "update": Wieczór przyniósł trochę rozterek. Prawa noga boli wyraźnie bardziej niż jeszcze wczoraj i pewno czuję ją najbardziej od samego dnia zabiegu. Może to moje "bieganie" po kuchni dodało sporo zmęczenia. Ponieważ miałem wrażenie, że prawa noga jest bardziej wrażliwa, ciężar ciała przenosiłem na lewą... no i mam... powiększonego siniaka poniżej kostki. Praktycznie cały wieczór spędziłem na kanapie chłodząc nogi, smarując reparilem i łyknąłem jeszcze na wszelki wypadek tabletkę przeciwzapalną. Moja kochana Magda biegała cały wieczór, gotując, robiąc zakupy i krzątając się wokół faceta, który na chwilę musiał wyłączyć bateryjki :)
Póki co czas na spanie.. kolejna porcja informacji jutro. Dobranoc :)
Generalnie chodzę coraz bardziej sprawnie i dzisiaj nie złapałem za kulę ani raz. Dziwne to chodzenie póki co, ale czuję, że z dnia na dzien sprawia mi ono coraz mniej wysiłku i też coraz mniej się "spinam" i niepotrzebnie asekuruję.
Nie mogę się doczekać 2 listopada, kiedy to umówiony jestem na wizytę kontrolną i zdjęcia roentgenowskie. Jeśli wszystko będzie ok, to dam sobie trochę więcej do wiwatu i przestanę się obawiać o przesunięcie implantu.
Wcześniej dużą datą jest środa (to już pojutrze) i najbliższy piątek. W środę bowiem zdejmujemy szwy a piątek rozpoczynam fizjoterapię. Super :)
Krótki "update": Wieczór przyniósł trochę rozterek. Prawa noga boli wyraźnie bardziej niż jeszcze wczoraj i pewno czuję ją najbardziej od samego dnia zabiegu. Może to moje "bieganie" po kuchni dodało sporo zmęczenia. Ponieważ miałem wrażenie, że prawa noga jest bardziej wrażliwa, ciężar ciała przenosiłem na lewą... no i mam... powiększonego siniaka poniżej kostki. Praktycznie cały wieczór spędziłem na kanapie chłodząc nogi, smarując reparilem i łyknąłem jeszcze na wszelki wypadek tabletkę przeciwzapalną. Moja kochana Magda biegała cały wieczór, gotując, robiąc zakupy i krzątając się wokół faceta, który na chwilę musiał wyłączyć bateryjki :)
Póki co czas na spanie.. kolejna porcja informacji jutro. Dobranoc :)
Dzień 10
Na weekend wyjechałem z domu i stąd ta 3 dniowa dziura w newsach. Najważniejsza chyba sprawa to ta, że pojechałem samochodem! Generalnie już w piątek miałem przejażdżkę poranną, razem około 20 km a wieczorem wybyłem prawie 30 kilometrów od domu. Poranny wypad raczej nie był najlepszym pomysłem, tzn. pomysł był niezły ale wykonanie trochę gorsze. Założyłem inne buty a co chyba najważniejsze, niepotrzebnie je związałem. Zginając stopę podczas naciskania pedału gazu i hamulca (mam automat więc lewa noga odpoczywała sobie) wgniatałem sobie górną buty krawędź i język akurat w najbardziej wrażliwą okolicę stopy. Wyszło dopiero po powrocie do domu.
Trzeba było szybko zrobić chłodzenie i wieczorem wybrać się w trasę (bo 30 km to jest jeszcze na dzisiaj wyczyn)w butach rozwiązanych, tak żeby nic nie uwierało i faktycznie zadziałało.
Weekend zajęty ale na całe szczęście mogłem siedzieć, regularnie chłodzić nogi i odpoczywać. Niestety moje krzesło okazało się mało wygodne co spowodowało tylko tyle, że zamiast o stopach przez większość czasu myślałem o coraz bardziej drętwiejących pośladkach :)
Trochę mnie te 2 dni wymęczyły i po dłuuuugiem prysznicu i zmianie opatrunku padłem snem sprawiedliwego.
Przy okazji mała fotka ze zmiany opatrunku dla żądnych wrażeń. Tak właśnie wygląda cięcie i dokonane przez chirurga "zniszczenia". Nie jest źle, prawda?
Trzeba było szybko zrobić chłodzenie i wieczorem wybrać się w trasę (bo 30 km to jest jeszcze na dzisiaj wyczyn)w butach rozwiązanych, tak żeby nic nie uwierało i faktycznie zadziałało.
Weekend zajęty ale na całe szczęście mogłem siedzieć, regularnie chłodzić nogi i odpoczywać. Niestety moje krzesło okazało się mało wygodne co spowodowało tylko tyle, że zamiast o stopach przez większość czasu myślałem o coraz bardziej drętwiejących pośladkach :)
Trochę mnie te 2 dni wymęczyły i po dłuuuugiem prysznicu i zmianie opatrunku padłem snem sprawiedliwego.
Przy okazji mała fotka ze zmiany opatrunku dla żądnych wrażeń. Tak właśnie wygląda cięcie i dokonane przez chirurga "zniszczenia". Nie jest źle, prawda?
czwartek, 13 października 2011
Dzień 7
Dzisiaj pierwsza zabawa z "odciskami". Szkoda, że nie mam zdjęcia sprzed zabiegu... no cóż, pozostaje mi zaprezentować wynik z "tydzień po". Mała rzecz a cieszy :)
Dzień bardzo pozytywny. Czuję tylko zakwasy po wewnętrznej stronie pięty wzdłuż ścięgna achillesa. Chyba za bardzo spinam się przy chodzeniu. Fajne są jednak te zakwasy. Dają mi do zrozumienia, że stopa się przebudowywuje.
Dzień bardzo pozytywny. Czuję tylko zakwasy po wewnętrznej stronie pięty wzdłuż ścięgna achillesa. Chyba za bardzo spinam się przy chodzeniu. Fajne są jednak te zakwasy. Dają mi do zrozumienia, że stopa się przebudowywuje.
środa, 12 października 2011
Dzień 6
Dzień bez żadnych rewelacji tzn. rewelacją jest to, że każdego dnia zmierzamy ku dobremu. Z samego rana musiałem wyjść na spotkanie i tu zauważyłem, że chodzenie o kulach potrafi mieć swoje "korzyści". Nagle jestem w centrum uwagi a wokół mnie pojawia się cały wianuszek dobrych dusz, które pragną mi pomóc:) Wszystkim BARDZO dziękuję: od pana taksówkarza, przez panią kelnerkę, pana kuriera, listonosza, sprzedawcę po moich znajomych. Są też tacy twardziele, na których to nie działa ale z nimi porachuję się na osobności :)
Cieszę się, że mam pracę którą mogę wykonywać w biurze przez pewien czas, chociaż przyznam, że pewno już od wtorku mogłem iść śmiało do firmy z zastrzeżeniem, że będę w większości siedział i regularnie wykładał nogi na krzesło :)
Rzeczywiście chodzę bardziej pewnie, po domu już nawet zupełnie sprawnie (co nie znaczy, że chód jest naturalny ale oceniam to bardziej przez tempo przemieszczania się). Poziom bólu dzisiaj zwiększył się o ułamek więc nadal ( i niech tak zostanie) nie ma o czym mówić. Czasami tylko podczas chodzenia i próbie ułożenie stopy bardzo poprawnie strzyka mnie tępo po lewą i prawą kostką. Zaczynam zauważać, że moje spacery i nowy układ stopy zaczynają pobudzać mięśnie i ścięgna o których istnieniu nie wiedziałem. To dla mnie znak, że zmiany następują i z tego się bardzo ciesze.
Cały czas, zgodnie z zaleceniami chłodzę stopy co dwie godziny i w miarę możliwości siedzę na płasko... szkoda tylko, że laptop grzeje w kolana niemożebnie :)
Pomimo tego, że cały czas mam przeczucie, że Pan doktor mógł zaryzykować włożenie implantu o numer większego, to fantastyczne jest móc po wielu, wielu latach założyć buty bez wkładek ortopedycznych i wiedzieć jak ich wewnętrzna strona nie jest wybrzuszana a dziurki na sznurówki układają się równolegle po obu stronach. No tak, dla większości to normalka a mnie to jakoś strasznie cieszy i myślę, że bardzo by cieszyło każdego, kto czyta to forum, bo to oznacza, że taki stan właśnie chciałby osiągnąć.
Acha... zrobiłem sobie dzisiaj ślad mokrą stopą na kafelkach... super sprawa... ładny wklęsły kształcik jak z obrazka :)
Przy okazji... podczas ostatniej wakacyjnej wyprawy jeszcze sprzed operacji upatrzyłem sobie świetne buty sportowe. Wybierałem i wybierałem, mierzyłem i mierzyłem. W końcu zdecydowałem się kupić rozmiar taki "na styk" czyli w normalnych warunkach za mały. Oczywistym dla mnie było to, że po zabiegu stopa się trochę podniesie a zatem skróci. No tak... dzisiaj była przymiarka... nie wiem jak ta operacja działa, ale jakie były lekko przyciasne, takie są.
W myśl zasady "zepsuło się to trzeba naprawić", super adidaski zostaną sprezentowane ojcu memu rodzonemu, który to stopę ma akurat o tyle mniejszą, że będzie jak ulał, a ja dla siebie już zamówiłem ten rozmiar co to go odrzuciłem w pierwszym podejściu jako docelowo za duży. Ech... w sumie fajne takie rozterki :)
Miałem jeszcze nadzieję, że po wytworzeniu łuku i wyprostowaniu sylwetki urosnę jakiś marny centymetr... i cały czas nadzieję mam, bo od zabiegu nie było szans się zmierzyć. Może chociaż na taki bonusik będę mógł liczyć :)
ciekawe... jak się zabierałem do pisania to miałem poczucie, że w sumie nie mam dzisiaj o czym pisać. :)
Cieszę się, że mam pracę którą mogę wykonywać w biurze przez pewien czas, chociaż przyznam, że pewno już od wtorku mogłem iść śmiało do firmy z zastrzeżeniem, że będę w większości siedział i regularnie wykładał nogi na krzesło :)
Rzeczywiście chodzę bardziej pewnie, po domu już nawet zupełnie sprawnie (co nie znaczy, że chód jest naturalny ale oceniam to bardziej przez tempo przemieszczania się). Poziom bólu dzisiaj zwiększył się o ułamek więc nadal ( i niech tak zostanie) nie ma o czym mówić. Czasami tylko podczas chodzenia i próbie ułożenie stopy bardzo poprawnie strzyka mnie tępo po lewą i prawą kostką. Zaczynam zauważać, że moje spacery i nowy układ stopy zaczynają pobudzać mięśnie i ścięgna o których istnieniu nie wiedziałem. To dla mnie znak, że zmiany następują i z tego się bardzo ciesze.
Cały czas, zgodnie z zaleceniami chłodzę stopy co dwie godziny i w miarę możliwości siedzę na płasko... szkoda tylko, że laptop grzeje w kolana niemożebnie :)
Pomimo tego, że cały czas mam przeczucie, że Pan doktor mógł zaryzykować włożenie implantu o numer większego, to fantastyczne jest móc po wielu, wielu latach założyć buty bez wkładek ortopedycznych i wiedzieć jak ich wewnętrzna strona nie jest wybrzuszana a dziurki na sznurówki układają się równolegle po obu stronach. No tak, dla większości to normalka a mnie to jakoś strasznie cieszy i myślę, że bardzo by cieszyło każdego, kto czyta to forum, bo to oznacza, że taki stan właśnie chciałby osiągnąć.
Acha... zrobiłem sobie dzisiaj ślad mokrą stopą na kafelkach... super sprawa... ładny wklęsły kształcik jak z obrazka :)
Przy okazji... podczas ostatniej wakacyjnej wyprawy jeszcze sprzed operacji upatrzyłem sobie świetne buty sportowe. Wybierałem i wybierałem, mierzyłem i mierzyłem. W końcu zdecydowałem się kupić rozmiar taki "na styk" czyli w normalnych warunkach za mały. Oczywistym dla mnie było to, że po zabiegu stopa się trochę podniesie a zatem skróci. No tak... dzisiaj była przymiarka... nie wiem jak ta operacja działa, ale jakie były lekko przyciasne, takie są.
W myśl zasady "zepsuło się to trzeba naprawić", super adidaski zostaną sprezentowane ojcu memu rodzonemu, który to stopę ma akurat o tyle mniejszą, że będzie jak ulał, a ja dla siebie już zamówiłem ten rozmiar co to go odrzuciłem w pierwszym podejściu jako docelowo za duży. Ech... w sumie fajne takie rozterki :)
Miałem jeszcze nadzieję, że po wytworzeniu łuku i wyprostowaniu sylwetki urosnę jakiś marny centymetr... i cały czas nadzieję mam, bo od zabiegu nie było szans się zmierzyć. Może chociaż na taki bonusik będę mógł liczyć :)
ciekawe... jak się zabierałem do pisania to miałem poczucie, że w sumie nie mam dzisiaj o czym pisać. :)
wtorek, 11 października 2011
Dzień 5
Dzisiejszy dzień należał do bardzo udanych. W miarę stosuję się do zaleceń lekarza ale nie ortodoksyjnie. Oczywiście chłodzę stopy w miarę regularnie, ale też sporo kręcę się po domu i poza nim. Ta aktywność spowodowana jest bardzo dobrym ogólnym samopoczuciem oraz brakiem bólu. W domu staram się chodzić bez kul - zawsze to mniejsze dystanse i mniejsze kroczki. Jednak jak jedziemy na sprawunki - wtedy staram się nie szarżować i jeszcze korzystać z moich dodatkowych metalowych nóg.
Co do chłodzenia to muszę przyznać, że lepiej niż coldpacki sprawdzają się paczki z mrożonym groszkiem. Mróz jest jak trzeba a przy okazji lepiej otulają stopę.
Dzisiaj zamieszczam zdjęcie stopy od strony nacięcia. Wiele nie widać, prócz plasterka, ale da Wam to pojęcie na jakiego rodzaju "zniszczenia" możecie się przygotowywać :)
Co do chłodzenia to muszę przyznać, że lepiej niż coldpacki sprawdzają się paczki z mrożonym groszkiem. Mróz jest jak trzeba a przy okazji lepiej otulają stopę.
Dzisiaj zamieszczam zdjęcie stopy od strony nacięcia. Wiele nie widać, prócz plasterka, ale da Wam to pojęcie na jakiego rodzaju "zniszczenia" możecie się przygotowywać :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

